PRZEJAZDEM W ODWIEDZINACH | DRIVING THROUGH THE FAMILIAR CITY
Dodane przez MasterZMC dnia 01.02.2011 00:50
Późną nocą 15 stycznia wracałem busem ze stolicy. Ze świata, który z jednej strony mnie odpychał swym wyścigiem, z drugiej, paradoksalnie, był wytchnieniem od codziennego pośpiechu. Im bliżej byłem domu, tym coraz bardziej powracały troski. Nagle za szybą zrobiło się jaśniej.
Rozszerzona zawartość newsa

Późną nocą 15 stycznia wracałem busem ze stolicy. Ze świata, który z jednej strony mnie odpychał, z drugiej paradoksalnie był wytchnieniem od codziennego pośpiechu. Im bliżej byłem domu, tym coraz bardziej powracały troski. Nagle za szybą zrobiło się jaśniej. Dobrze czułem, gdzie jestem.
- Witaj pod moim niebem.
- Witaj, Miasto moich snów - odrzekłem.
- To dla ciebie świecę - powiedziało.

O Miasto, to do Ciebie przyjeżdżali ludzie zagubieni. Tu przyjechała dziewczyna zawiedziona w miłości, rozpaczliwie tęskniąca za kimś, kto już dawno ją zostawił. Pisała o sobie najsmutniejszymi metaforami. Czytała dużo, lecz była tylko sprzątaczką. Sypiała z mężczyzną, którego nie kochała, i wciąż myślała o tamtym.
A ja wiedziałem, że to się roztłucze jak szkło, którym można pokaleczyć dłonie. Dłonie, które dotykały jego twarzy.

Tutaj przyjechała dziewczyna chora na stwardnienie rozsiane, która nie wiedziała, co ma dalej robić w życiu. Ciągle zmieniała kierunki studiów. Lecz właśnie tutaj mogła spełnić swoje marzenia. Mogła pójść do opery, do filharmonii, do teatru. Każdego dnia mogła być w innym miejscu życia kulturalnego. Tutaj wszystko było pod dostatkiem.
Brakowało miłości i przyjaciół, co rozpierzchli się już dawno. A może wcale ich nie było. Nawet ja nie pisałem już listów.

To tutaj 7 lat temu, na 10 piętrze akademika Politechniki stała się rzecz niezwykła. Pewien młody mężczyzna stał na balkonie z papierosem, goły do pasa, i rozmyślał nad swoim życiem. Czuł pustkę. Pustkę, której nie zagłuszyła żadna dyskoteka. Czuł, że czegoś brakuje. Długo zastanawiał się, co to jest. I tamtego dnia zrozumiał wszystko. Poczuł wiatr i odnalazł swoje miejsce.
W czerwcu 2011 roku mam złożyć mu najlepsze życzenia.


Fot. Syfiarz


Miasto, ja też kiedyś przyjechałem do Ciebie zagubiony. Zakompleksiony, bez wiary w nic. Ze smutnym Bogiem w sercu.
I odnalazłem siebie pod Twoim niebem. Odnalazłem siebie w najpiękniejszych snach. Tych znad Soliny i Tarnicy, znad Zamojskiej, przechodzącej w 1 Maja, znad Alei Kraśnickich.
Lecz musiałem Cię opuścić. To jak rozstanie z nauczycielem, który wszystkiego nauczył, ale dalej trzeba iść samemu.

Żałuję często, że nie spędziłem tu wiosny studenckiej, że nie modliłem się częściej w małym kościele akademickim, że nie mieszkałem na stancji i nie wracałem późną porą z wykładów. Szkoda Miasto, że musiałem Cię opuścić. Ale może wrócę kiedyś, by spełnić swoje sny.




Zobacz też:
Dziwna historia | Non-understanding story
Pod niebem snów | Under sky of dreams